Jest połowa grudnia, a ja dopiero się zorientowałam, że w tym całym bańkowym szaleństwie… nie ma tu ani słowa o jednym z najpiękniejszych spotkań tego roku. O Wenecji. O festiwalu. O Un Cielo Pieno di Bolle, sponsorowanym przez Stowarzyszenie Kervan i AOIBA. Aż mnie to trochę rozbawiło, bo mam wrażenie, że ten wyjazd wciąż siedzi mi w sercu, tylko zwyczajnie nie zdążył trafić na stronę.
To była moja pierwsza wizyta we Włoszech.
Pierwsza — i od razu taka, która ustawia poprzeczkę wysoko. Bo zamiast typowego zwiedzania… wpadłam prosto w sam środek festiwalu, który od kilku lat obserwowałam z daleka. I nagle stałam tam, między ludźmi których znałam z internetu, wśród ludzi, którzy tworzą historię bańkowego świata na najwyższym poziomie.
Samo spotkanie było jak wielki kocioł emocji i historii — każdy z nas chłonął ten klimat całym sobą, odczuwał i doświadczał. A ja … wiedziałam, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam.
A jeszcze mocniej poczułam to, kiedy prowadziłam swoje warsztaty dla lokalnej społeczności: obrazy z baniek, bańki z rąk, takie moje ukochane aktywności. Ludzie byli ciekawi, otwarci, chłonni. A ja miałam tę wdzięczność w środku, że mogę to robić właśnie tu — w Wenecji. Trochę po angielsku, trochę po włosku, trochę na migi. Ale się dogadaliśmy.
Spotkania, po których stajesz się innym człowiekiem.
Najbardziej poruszyli mnie ludzie.
Tom Noddy — legenda, pionier, osoba, od której tak naprawdę zaczęła się światowa historia baniek. Facet, którego oglądałam na starych nagraniach, nagle siedzi obok i opowiada na luzie i pokazuje te wszystkie triki, że aż chce się słuchać i oglądać bez końca.





Do tego C. Altman, Alexander Kross, Aramis Gehberger, Damian Jay, Greg Brinchault,… artyści, których nazwiska znałam od lat, a których energie mogłam w końcu poczuć na żywo.
Te rozmowy, wykłady, wspólne chwile — to wszystko naprawdę zmieniło coś w moim spojrzeniu na całość baniek w moim życiu.
Mam wrażenie, że wróciłam z Wenecji z nową głębią. Że inaczej prowadzę warsztaty, inaczej tłumaczę procesy, inaczej patrzę na bańki w kontekście emocji, ciała i relacji.
Co mi to dało?
Hmm… chyba najprościej powiedzieć: bardzo dużo.
Wiedzy. Inspiracji. Spokoju. Pewności, że to, co robię z bańkami, naprawdę ma sens.
I wiesz… fajnie, że zdążyłam o tym napisać zanim rok się skończy.
Bo takie momenty warto mieć zapisane.
